
Pół godziny oczekiwania przy urzędowym okienku, cztery zdjęcia paszportowe i trzy wypełnione formularze dały mi ostatecznie wstęp w granice obszaru ochronnego wokół Annapurny. Wreszcie mogłem zbliżyć się do górskich gigantów, na których ośnieżone szczyty spoglądałem z rosnącą fascynacją z ulic Pokhary.
Po godzinie jazdy autobusem znalazłem się w Phedi. Jeszcze raz spojrzałęm na mapę.
- Mapy Shangri-La, pewna droga do raju. - Oznajmiał napis na okładce. - Oby nie. - pomyślałem i zacząłem rozglądać się za mającą się tu rozpoczynać ścieżką.
- Tam, za domem. Cały czas do góry kamiennymi schodami, żadnych zejść w lewo i prawo. Chcesz pan kupić kijek? - Niski chudzielec w - zapewne kilka lat wcześniej białym - podkoszulku na ramiączkach wynurzył się z jednej z chat, pociągnął siarczyście nosem i splunął we wskazanym kierunku.
- Nie, dziękuję. Myślę, że sobie poradzę. odparłem jak najgrzeczniej i wbiegłem na ścieżkę. Ułożone z głazów i kamieni schody pięły się niemalże prosto do góry. Od następnej wioski dzieliło mnie 650 metrów przewyższenia na dystansie półtora kilometra...
Mapa wydawnictwa Shangri-La zaprowadziła mnie dość pewnie do raju. Na szczęście do raju na ziemi. Po kilku dniach pieszej wędrówki, wielu zejściach i wejściach górskimi zboczami, paru noclegach u miejscowej ludności (najlepszym couchsurfingiem jest życzliwa rozmowa z ludźmi spotkanymi po drodze) i w niewielkich schroniskach, przekroczeniu kilku wiszących mostów i kilkudziesięciu prowizorycznych kładek dotarłem w końcu do Sanktuarium Annapurny.
Pogodny poranek w ABC (Annapurna Base Camp, 4130 m n.p.m.) wart jest każdych pieniędzy świata. Spektakl zaczyna się, kiedy pierwsze promienie słońca załamując się na poszczerbionych wierzchołkach Annapurny III, Ghandarba Chuli i Machhupuchhre (Rybi Ogon) zaczynają podpalać śniegi na grzbietach Annapurny South i Annapurny I (8091 m). Po chwili oba szczyty prezentują się w całej swej monstrualnej okazałości a głębia błękitu nieba nad nimi i przejrzystość powietrza wokół zapierają dech w piersiach. Można tak trwać z zadartą głową kilka godzin dopóki kurtyna białych chmur nie oznajmi końca przedstawienia. Każdy, kto kocha góry wie, co to znaczy stać z nimi twarzą w twarz, ale spojrzeć w oczy ośmiotysięcznikowi to już doznanie zwielokrotnione.
Jedno z moich dziecięcych marzeń zostało spełnione. Aczkolwiek, jak głośi turystyczny slogan reklamowy Nepalu - Jeden raz to za mało. :)
Grzesiek